Świadkowie
Jehowy zazwyczaj przedstawiają się jako wspólnota nastawiona
pacyfistycznie, której obca jest przemoc i polityka. Interesować
ma ich wyłącznie głoszenie Słowa Bożego, przygotowywanie ludzi na
rychłe przyjście Jezusa Chrystusa i propagowanie moralnego życia.
Tomasz P. Perlikowski
Źródło:
http://www.nowe-panstwo.pl/003_2005_miesiecznik/003_2005_cywilizacja_ter.htm
iestety,
ten idylliczny obrazek rozsypuje się w pył, gdy sięgnie się do
programowych dokumentów jehowitów. Ich celem jest eschatologiczna
wojna.
Odżegnywanie się od polityki czy unikanie służby wojskowej, choć
często motywowane biblijnie, w istocie wypływa ze specyficznej
eschatologii tej wspólnoty. Uznaje ona, że żyjemy w czasach
poprzedzających Sąd Ostateczny, w których ścierają się dwie
totalne siły: armia Jehowy i armia szatana. Nietrudno się
domyślić, że na armię Boga składają się wyłącznie Towarzystwo
Strażnica (oficjalna reprezentacja świadków Jehowy) i jego
członkowie; wszystkie pozostałe Kościoły, społeczności czy
wspólnoty uznawane są za narzędzia szatana. To on stoi za
Kościołem katolickim ("wielką nierządnicą"), Światową Radą
Kościołów, ONZ oraz wszystkimi państwami i narodami. - "Świadkowie
Jehowy wierzą, że to sam szatan pozakładał wszystkie państwa i
ustanowił w nich swoje rządy" - podsumowuje doktrynę organizacji
ojciec Elizeusz Bagaiński, karmelita, autor kilku książek o
jehowitach.
ch
programowy pacyfizm bierze się więc nie z odrzucenia przemocy jako
takiej, lecz przeświadczenia, że nie wolno współpracować z żadną
instytucją państwa. Można je co najwyżej ignorować, do czasu gdy
rozpocznie się Armagedon, czyli ostateczna rozprawa ze światem
diabła. Z podobnych przesłanek wypływa apolityczność jehowitów.
W tej walce niemal wszystkie chwyty są dozwolone. Można kłamać,
fabrykować dokumenty, skazywać ludzi na śmierć, a nawet czerpać
zyski z handlu technologiami wojskowymi - Towarzystwo Strażnica
jest udziałowcem kilku firm, w tym Rand Cam Engine Cap.,
które obsługują amerykańską armię, na przykład testując części
broni. Jeden z liderów sekty Frank Franz otwarcie stwierdził na
łamach książki Aid to Bible Understanding (Rozumienie
Biblii), że aby bronić organizacji i Ciała Kierowniczego (tak
nazywa się zarząd sekty), dopuszczalne jest mówienie nieprawdy,
nawet w sądzie. Aby jednak nie nazywać rzeczy po imieniu, twórcy
doktryny jehowickiej zmienili definicję kłamstwa. Dla świadków
jest nim "niemówienie prawdy osobom, które mają do niej prawo".
Jeśli zatem okłamujemy ludzi czy sądy, które do prawdy prawa nie
mają, nie robimy nic złego, przeciwnie - uczestniczymy w ten
sposób w świętej wojnie przeciwko państwu szatana.
Skąd taka definicja? Ze specyficznej interpretacji Pisma Świętego.
W pochodzących z lat sześćdziesiątych numerach Strażnicy
(ogólnoświatowego miesięcznika jehowitów) znajdziemy takie
wyjaśnienie: z twierdzenia "odrzuciwszy kłamstwo, mówicie prawdę,
każdy z bliźnim swoim" (Ef. 4, 25) wcale nie wynika nakaz
bezwarunkowego mówienia prawdy, lecz jedynie, że należy ją
przekazywać swoim bliźnim, a zatem ludziom do jej posiadania
uprawnionym. Inni powinni, dla dobra organizacji, pozostawać w
błędzie. Aby ostatecznie rozwiać wszystkie wątpliwości, w
amerykańskiej edycji Strażnicy (Watchtower) z lipca 1960 roku
anonimowy autor (w żadnej wersji językowej pisma teksty z zasady
nie są podpisywane) stwierdził: "Jako żołnierz Chrystusa, którym
jest każdy świadek, uczestnicząc w ostatecznej walce, musi się
podporządkować Boskim celom. Jak pokazuje Pismo Święte, chronienie
interesów Boga może być czasem konieczne nawet za cenę okłamywania
Jego wrogów". Rezygnację z osobistej uczciwości autor porównuje do
postawy Chrystusa, "nikt bowiem nie ma większej miłości niż ten,
kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" (J. 15, 13).
Kłamstwo stało się więc w dokumentach ruchu "teokratyczną
strategią prowadzenia wojny". A w czasie wojny, jak wiadomo,
panują inne zasady niż w czasie pokoju, dlatego dopuszczalne jest
"wprowadzanie wroga w błąd", "dostarczanie mu fałszywych
informacji", by chronić dzieło Boże.
edług
religioznawcy i psychologa Jerry'ego Bergmana, walka nie jest
wyłącznie teoretyczna. Gdy w 1993 roku jeden z byłych jehowitów
wniósł do sądu o zniszczenie wszystkich intymnych informacji,
jakie organizacja gromadziła na temat swoich członków, w tym ich
życia rodzinnego i seksualnego, sąd nakazał usunięcie tych danych.
Jehowici zapewniali, i to pisemnie, że zastosowali się do tego
wyroku. Jednak niespełna rok później wyszło na jaw, że dokumenty
nadal istnieją, a liderzy ruchu świadomie wprowadzili sąd w błąd.
W rozmowie z dziennikarzami były adwokat świadków Jehowy
powiedział, że ci, uzasadniając kłamstwo, powoływali się na
doktrynę "teokratycznej strategii wojny".
Ofiarą "sakralnego kłamstwa" paść mogą jednak nie tylko urzędy
państwowe, ale i zwykli ludzie. Na przykład dzieci mają prawo
okłamywać ojca, jeśli ten nie należy do ruchu. Bergman tłumaczy to
w pracy Deception in Court. Jevovah's Witnesses on the witness
stand ("Oszustwo w sądzie. Świadkowie Jehowy na pozycji
świadka"): ojciec pozostający poza sferą działalności jedynej
organizacji Bożej na świecie jest we władzy szatana, a zatem nie
należy mu się prawda.
aka
postawa obowiązuje też w działalności misyjnej. W materiałach
szkoleniowych dla pozostających w "służbie głosicielskiej" (tak
określa się chodzących od domu do domu jehowitów) ich autorzy
instruują, że na pytanie o to, kto może być zbawiony i przeżyć
Armagedon, należy odpowiadać, że wie to tylko Bóg. Chociaż według
doktryny jehowitów, ostateczny pogrom przeżyją tylko świadkowie.
Wszyscy inni zostaną unicestwieni. Kłamstwo to jest jednak
dopuszczalne, bowiem może się przyczynić do zdobycia kolejnego
członka organizacji.
Sama idea "teokratycznej strategii wojny" jest zresztą znakomitym
przykładem "sakralnego kłamstwa". Poznają ją dopiero zaufani
członkowie wspólnoty, tak zwani starsi; jehowici dzielą się bowiem
na dwie zasadnicze grupy: szeregowych członków (ogromna większość)
i starszych, utrzymywanych przez pozostałych. Z badań
socjologicznych Burjina J. Kotwalla, australijskiego religioznawcy
studiującego ruch jehowitów, wynika, że spośród szeregowych
wiernych doktrynę tę poznała niespełna połowa i żaden z nich nie
stosował jej w praktyce. Wśród starszych znali ją wszyscy, a
prawie połowa postępowała zgodnie z nią.
Strategię "sakralnego kłamstwa" można zrozumieć dopiero po
poznaniu całej doktryny świadków Jehowy. Wierzą oni, że już
niebawem cały system światowy - będący, przypomnijmy, dziełem
szatana - przestanie istnieć. Zagłada rozpocznie się od
zniszczenia Babilonu Wielkiego, czyli Kościoła katolickiego, a
później wszystkich religii świata przez wielkie mocarstwa
polityczne (czyli apokaliptyczne "dziesięć rogów"), pod
przywództwem Organizacji Narodów Zjednoczonych (określanej jako
"szkarłatna bestia"). W efekcie tego mają wyginąć wszyscy wyznawcy
religii na świecie, a przynajmniej ich duchowi przywódcy. W tej
walce sami świadkowie nie będą uczestniczyć, pozostaną
obserwatorami. Przyglądając się rzezi milionów ludzi, których
zwłoki gnić będą na ulicach miast i polach bitew, członkowie
organizacji mają odczuwać "wielką radość".
Jednak nie potrwa ona długo. Ateistyczne imperia, które powstaną
na gruzach Babilonu Wielkiego, rychło zwrócą się przeciwko
świadkom Jehowy i przystąpią do ostatecznej z nimi rozprawy.
Powodem ma być wielka pomyślność duchowa, jakiej będą zażywać
jehowici jako jedyna pozostała religia. "Naprzeciw siebie staną, z
jednej strony, diabeł, demony, bestia [to kolejna nazwa ONZ -
red.] i fałszywy prorok [Stany Zjednoczone - red.], czyli królowie
ziemi, a z drugiej Jezus Chrystus, jeździec na białym koniu, z
zastępami aniołów. Nikt nie będzie mógł zająć neutralnego
stanowiska" - referuje eschatologiczne wizje ruchu katolicki
teolog Zbigniew Danielewicz. Używając języka mniej metaforycznego,
można powiedzieć, że naprzeciw siebie staną jehowici i reszta
świata. Dlatego zapewne najlepiej, by owa reszta miała jak
najmniej informacji o prawdziwych celach, zamiarach czy poglądach
organizacji. Jak w każdej wojnie, wiedza jest najlepszą bronią.
alka rozegra się na polach Armagedonu [biblijne Meggido, położone
w Izraelu - red.]. Jako pierwsi ruszą, oczywiście, wierni szatana.
Gdy jednak ich broń zacznie dosięgać jehowitów, do walki ma
wkroczyć sam Bóg. Jego atak rozpocznie się od wielkiego trzęsienia
ziemi i burzy, później na siły wroga spadnie grad (jedna bryła
lodu ma ważyć ponad 20 kilogramów), a jego wojska dosięgnie potop.
Wreszcie wszyscy wrogowie sekty sami skierują przeciwko sobie broń
i zaczną się nawzajem zabijać. W tym wielkim mordzie aktywnie będą
uczestniczyć wojska Jehowy, czyli sami świadkowie. Pod wieczór z
całego naszego świata pozostaną gruzy. Polegli żołnierze armii
szatana pokryją ziemię od jednego krańca do drugiego, a kruki będą
wydziobywać im oczy - podsumowuje Danielewicz. Wojnę przetrwa
tylko kilka milionów jehowitów. Oni odbudują Królestwo Boże i
zamienią je w prawdziwy raj, żywcem przeniesiony z kiczowatych
obrazków sielskich scenek z życia po Armagedonie, publikowanych w
Strażnicy. Stworzony przez sympatycznych pacyfistów, na trupach
sześciu miliardów ludzi, którzy w znacznej części zginą z ich rąk.
Opublikowano na Brooklyn Sp.B.O., marzec 2005