
Strona główna / WTS i media / 'Faceci w czerni''
Tematyczny spis wszystkich artykułów
Artykuł ukazał się w sierpniowym numerze ''Marie Claire''. My otrzymaliśmy wersję autorską, która nieznacznie może się różnić od tekstu opublikowanego w miesięczniku. TYTUŁ ZOSTAŁ ZMIENIONY.
Akcja ratownicza trwała dwadzieścia minut. Tyle potrzebowało pięciu muskularnych chłopów, żeby za pomocą spalinowych nożyc rozerwać odpowiedni otwór - taki, przez który można było wyciągnąć dwie konające we wraku dziewczyny. Kiedy do akcji wkroczyli czekający jak na szpilkach lekarze, 24 - letnia Sylwia już nie żyła. Siostra Sylwii, Magda, w krytycznym stanie została natychmiast przewieziona do odległego o 10 km szpitala w Kluczborku. Pędzący na sygnale ambulans pokonał tę drogę w kilka minut, ale właśnie wtedy przerażeni sanitariusze i lekarz znaleźli przy Magdzie zakrwawiony dowód z niewielką białą kartką i rzucającym się w oczy napisem "ŻADNEJ KRWI".
To, co przeczytali dalej, drobnym drukiem potwierdziło ich najgorsze przypuszczenia:
"Oświadczam, że nie zgadzam się na żadną formę transfuzji krwi: przetaczanie krwi pełnej, plazmy, krwinek czerwonych, krwinek białych, krwinek płytkowych, nawet gdyby ich użycie było niezbędne dla ratowania mojego życia. Jestem Świadkiem Jehowy i chcę być posłuszny nakazom Biblii. Uwalniam lekarzy oraz szpital od odpowiedzialności."
Identyczne kartki, tyle, że w różnych językach każdego dnia nosi przy sobie 6 milionów Świadków Jehowy na całym świecie. I choć ponad tysiącstronicowa Biblia mówi o krwi tylko w paru zdaniach ( Nowy Testament, dzieje Apostolskie, 15.29: "Powstrzymajcie się od ofiar składanych bożkom, od krwi, od tego, co uduszone, i od nierządu. Dobrze uczynicie, jeżeli powstrzymacie się od tego. Bywajcie zdrowi!") to znani z dosłownego interpretowania Pisma Świętego Jehowici, uznają zakaz spożywania i przyjmowania do organizmu krwi jako jedną z najważniejszych zasad swojej religii, traktują go na równi z takimi przykazaniami, jak "nie kradnij", "nie zabijaj", "nie cudzołóż".
To, co działo się przez najbliższych parę godzin po przywiezieniu Magdy do szpitala w Kluczborku znamy tylko z relacji świadków. Wiadomo, że niemalże natychmiast po przewiezieniu dziewczyny na blok operacyjny wybuchła awantura miedzy lekarzami a przybyłą rodziną oraz współwyznawcami Magdy. Zanim strażacy wyciągnęli ją ze zmiażdżonego samochodu, Magda co najmniej pół godziny wykrwawiała się zatrzaśnięta w kleszczach pogiętej karoserii. Straciła w tym czasie cztery litry krwi i już tylko transfuzja pozostawała skuteczną metodą ratowania życia. Część zaangażowanych w akcję ratunkową lekarzy straciło panowanie nad sobą, kiedy przybyła do szpitala rodzina i powtórzyła słowa wykrzyczane przez Magdę zaraz po wypadku. Brat czuwający przy łóżku siostry usłyszał w końcu od jednego z lekarzy: "wypierdalaj stąd!", inni chcieli podobno wyrzucić za bramę także matkę z resztą rodzeństwa i szybko przeprowadzić operację.
Wtedy pojawili się Jehowici z Komitetu. Niektórzy nazywają ich "facetami w czerni". Są postrachem wśród lekarzy w całej Polsce, właściwie na całym świecie. Szóstego czerwca tego roku poznali ich lekarze z Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Kluczborku.
- Trzech elegancko ubranych dżentelmenów w czarnych garniturach i śnieżnobiałych koszulach pod krawatem - opisuje mi ich doktor Andrzej Szczepanik, który wykonuje skomplikowane operacje w warszawskim Instytucie Hematologii. W ciągu kilkunastu lat praktyki zdążył dobrze poznać tych ludzi. To współwyznawcy, tyle, że odpowiednio przeszkoleni.
- Grzeczni, choć bardzo stanowczy. Zjawiają się zaraz po tym, jak w szpitalu pojawi się Świadek Jehowy. Trzymając w ręku Konstytucję oraz Ustawę o Wykonywaniu Zawodu Lekarza domagają się kontaktu z chorym.
Bywały wypadki, że dopiero w tydzień po nich zjawiała się rodzina. Leżący obok chorzy opowiadali później, jak stanowczo zakazywali korzystania z jakiejkolwiek transfuzji. Nie pamiętam sytuacji, żeby po takim spotkaniu pacjent zgodził się na jakąkolwiek transfuzję. "Panowie w czerni" bezszelestnie wychodzą dziękując nam grzecznie. Często już po śmierci swojego brata, jak nazywają odwiedzanego pacjenta.
- Komitet Łączności ze szpitalami, tak brzmi właściwa funkcja tych ludzi - mówi mi Mariusz Pilecki z olsztyńskiego zboru Świadków Jehowy - rzeczywiście pojawili się w kluczborskim szpitalu zaraz po wypadku, ale taka jest ich rola - umacniać naszych braci w wierze i w ich postanowieniach. Komitety Łączności ze szpitalem wzywamy wtedy, kiedy istnieje niebezpieczeństwo pogwałcenia woli chorego współwyznawcy.
Rzeczywiście szóstego czerwca w Kluczborku wszystko wskazywało na to, że wola umierającej Magdy nie zostanie uszanowana. Kiedy pyskówka z członkami komitetu i z rodziną trwała w najlepsze, i wiadomo już było, że dziewczyna nie przeżyje, jeżeli czekający na sali operacyjnej plastikowy woreczek z krwią wróci do chłodni, zdesperowany ordynator oddziału chirurgii poleciał do kierowców i kazał im pędzić na sygnale do pobliskiego liceum ekonomicznego. Wyrwane z lekcji dziewczyny miały namówić ciągle przytomną Magdę do zmiany decyzji. Z relacji świadków wynika, że przed drzwiami szpitalnej sali zatrzymali je członkowie rodziny Magdy. Przeżywali ogromną tragedię i dodatkowo jeszcze wielki stres. Przed chwilą zginęła jedna siostra, druga w stanie agonalnym leżała na stole operacyjnym i mieli przeciwko sobie cały personel szpitala. Szeregowi pracownicy wyzywali ich od morderców.
- Dużo jest naokoło ludzi, którzy to nasze ciężkie życie uznają za największą wartość - mówi mi Ewelina, siostra Magdy, 17-letnia blondynka o dłoniach zniszczonych już od pracy w polu - rozumiem ich, ale nie jestem w stanie myśleć tak, jak oni. Wiedzieliśmy, że to właśnie jest ten moment, w którym razem z Magdą musimy dochować wierności Bogu.
Rodzina cały czas wierzyła, że Magdę uda się uratować.
Tadeusz Wiwatowski jest pięćdziesięcioletnim lekarzem współpracującym z kilkudziesięcioma szpitalami w całej Polsce. Pomagał w wyjątkowo skomplikowanych operacjach, uratował co najmniej kilkanaście istnień ludzkich. Od trzydziestu lat jest Jehowitą. Jego oficjalna funkcja to kierownik informacji o szpitalach dla Świadków Jehowy. W praktyce nadzoruje prace kilkudziesięciu działających w Polsce komitetów łączności ze szpitalami. Można powiedzieć, że jest naczelnym "facetem w czerni". Kiedy dowiaduje się o wypadkach takich, jak pod Wołczynem wsiada do swojego wysłużonego czterocylindrowego forda mustanga i przez całą Polskę pędzi do szpitala. W bagażniku ma podręczną lodówkę z dezmopresyną, kwasem aminokapronowym, perfluorowęglodorami, koloidami i krystaloidami. To syntetyczne płyny zwiększające objętość krwi, środki zapobiegające krwawieniu i pomagające w krzepnięciu krwi. Doktor Wiwatowski jest jednym z lepiej wykształconych specjalistów w branży, o jego umiejętnościach niejednokrotnie w samych superlatywach wypowiadał się prof. Religa. Wiadomość o wypadku Magdy dotarła do dr Wiwatowskiego wewnętrznymi kanałami w momencie, kiedy dziewczyna była przygotowana do operacji na bloku operacyjnym. Skontaktował się natychmiast z lekarzem dyżurnym szpitala w Kluczborku.
- Kiedy spytałem lekarza dyżurnego jak można jeszcze dziewczynie pomóc unikając przetoczenia krwi odpowiedział mi, że wszystkie możliwości zostały już wyczerpane. Oprócz licznych obrażeń wewnętrznych Magda miała zmiażdżone kości, mimo wysiłków lekarzy z nóg wciąż sączyła jej się krew. Jedyne, co mogłem im doradzić to tzw. drenaż pooperacyjny, czyli pracochłonne odzyskiwanie krwi wypływającej z rozległych ran i wprowadzanie jej z powrotem do organizmu.
Jednocześnie podawana dożylnie erytropoetyna miała przyśpieszać wytwarzanie czerwonych krwinek. I rzeczywiście - robione na bieżąco analizy pokazały, że w pewnym momencie ilość czerwonych krwinek zaczęła się podnosić.
- Niestety, jeżeli człowiek nagle straci cztery litry krwi, nie można uratować mu życia inaczej, niż poprzez transfuzję - tłumaczy mi docent Jan Sabliński, szef Krajowego Centrum Krwiodawstwa - mimo pięćdziesięciu lat eksperymentów i gigantycznych pieniędzy do dziś nie udało się wytworzyć żadnego środka zastępczego, który pozwoliłby spełniać podstawową rolę krwi - transport tlenu po całym organizmie. Kolejne nowe preparaty wciąż przynoszą w badaniach klinicznych kolejne ofiary śmiertelne.
- Do końca była świadoma, że może umrzeć - mówi Dorota, starsza siostra, która do końca czuwała przy łóżku Magdy -była spokojna, nie panikowała. Choć była pod działaniem mocnych środków narzekała, że bolą ją nogi.
Miała na tyle siły, żeby uspokajać bliskich, którzy przychodzili do niej z zapuchniętymi oczami. Sławka - jej wiosenną, prawdopodobnie pierwszą w życiu miłość chwyciła za rękę i przytuliła do twarzy zapewniając, że się wyliże. Była silna fizycznie. Dbała o swoje ciało. Codziennie uprawiała gimnastykę dla zachowania pięknej figury: brzuszki, skłony, rozciąganie. Cały czas obok stołu operacyjnego czekał w lodówce worek z gotowymi czterema litrami krwi do przetoczenia. Pielęgniarka płacząc odniosła go do chłodni. Dzięki nadludzkiemu wysiłkowi zespołu chirurgów Magda przeżyła na sali pooperacyjnej jeszcze dwa dni.
O śmierci Magdy przez dwa dni mówiły wszystkie media. W czasie prowadzonej na żywo dyskusji w audycji Trójki "Za a nawet przeciw" (zobacz więcej na temat tej audycji - iszbin) w pewnym momencie zadzwoniła roztrzęsiona lekarka z warszawskiego Instytutu Hematologii:
"Takich tragedii w całym kraju są dziesiątki, tyle, że nikt o nich nie mówi. Niedawno przywieziono do nas trzydziestoletniego chłopaka z wypadku, który wymagał natychmiastowej transfuzji. Był nieprzytomny. Pech chciał, że wypadł mu dowód osobisty z tym ich oświadczeniem. Przeklinam ten moment, w którym wzięłam tę kartkę do ręki i zadzwoniłam pod podany numer. Momentalnie zjawił się ich lekarz i do końca, przez 24 godziny na dobę pilnował, żeby pacjent nie przyjmował krwi. Cały zespół lekarzy dosłownie kipiał ze zdenerwowania, ludzie roztrzęsieni wracali do domu, ale Jehowici nie dali się przekonać. Gdyby nie ci ludzie, sama bym przetoczyła tę krew, która była przygotowana, a pacjent zupełnie zdrowy wyszedłby za parę dni do domu, do żony i dzieci, które na niego czekały. Tymczasem rodzina zamiast go ratować, patrzyła jak umiera. Pacjent 7 dni leżał nieprzytomny, umierał w mękach, krew miał tak rozcieńczoną preparatami, że to praktycznie była woda. Do dziś nie mogę sobie tego darować, do tej pory mam potworne myśli."
W Instytucie Hematologii udaje mi się złapać miedzy operacjami kilku chirurgów z podobnymi doświadczeniami zawodowymi.
- W środowisku lekarskim wcale nie ma w tej sprawie jednomyślności. - mówi jeden z nich - To jedna ze spraw, o które najbardziej kłócimy się przy wódce. I wielu moich kumpli mówi otwarcie, że jeżeli na nich padnie, to pogonią komitet kijem, przetoczą krew i jeszcze wygrają sprawę w sądzie.
Polskie prawo nie zezwala jednak na przeprowadzanie jakichkolwiek zabiegów chirurgicznych, nawet, gdyby miały ratować życie, wbrew woli pacjenta. Dlatego już teraz prawie cały Instytut Hematologii mówi o spodziewanym pacjencie, dziewięcioletnim chłopcu, którego czeka nieuchronna, skomplikowana operacja śledziony. Jego rodzice, jehowici, stanowczo zastrzegli, że nie może być mowy o jakimkolwiek przetaczaniu krwi, co przy tego typu operacji może skończyć się zgonem na stole operacyjnym.
- Jeszcze do niedawna dużym ułatwieniem, poniekąd nawet rozwiązaniem całego problemu, były autotransfuzje - mówi mi dr Szczepanik - w odpowiednim czasie przed operacją pobieraliśmy pacjentowi krew, by zwrócić mu ją właśnie w czasie operacji. Niestety, ostatnio prawdopodobnie do głosu doszli ortodoksi, bo jehowici odmawiają już nawet takiej formy transfuzji. Coraz częściej w takich chwilach zostaje nam już tylko jedno, niestety dobrze znane uczucie - bezsilna wściekłość. Niedawno mieliśmy przypadek pacjenta z żylakami przełyku. Wrzody w jego gardle krwawiły bez przerwy. To niebywale groźne powikłanie zapalenia wątroby, obarczone nawet 50 proc. śmiertelnością w normalnych warunkach. Niepodanie krwi podczas niezbędnej operacji jest praktycznie świadomym i powolnym zarzynaniem chorego człowieka. Operacja została przeprowadzona, bo nie było dla niej alternatywy, ale po podaniu narkozy pacjent już się nie obudził.
- Bywają straszne dramaty z płaczem i krzykami niemalże na cały szpital - opowiada Wojciech Jaśkowiak, chirurg - pamiętam sytuację, gdzie jedynym Świadkiem Jehowy w rodzinie była matka. Ojciec i dzieci byli katolikami. Dzieci płakały błagając matkę na kolanach, żeby zgodziła się na transfuzję. Mąż namawiał mnie do oszustwa i przetoczenia bez zgody swojej żony. Po kolejnej rozdzierającej wizycie dzieciaków zawołała mnie i powiedziała "nadal się nie zgadzam, ale niech pan robi, co pan uważa za stosowne".
- To prawda, zdarzają się takie wypadki - mówi Michał Hoszowski, ze służb prasowych Towarzystwa Biblijnego "Strażnica" (oficjalna nazwa kościoła Jehowitów w Polsce) - to grzech ciężki, ale zawsze pozostaje nadzieja wybaczenia. Po takich operacjach tym ludziom bardzo potrzebna jest opieka nie tyle lekarska, co duchowa. I taką opieką pasterską są przez nas otaczani.
Bywały przypadki awantur dużo gorszych, niż ta w kluczborskim szpitalu.
- W 1967r podczas porodu konieczna okazała się u mojej matki transfuzja krwi - pisze mi w mailu Jehowita z drugiego końca Polski prosząc o anonimowość - moja matka będąca ŚJ oczywiście odmówiła przyjęcia krwi. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna, spanikowani lekarze w szpitalu wywierali na nią bardzo silny i brutalny nacisk, łącznie z krzykiem, wyzwiskami, obelgami i groźbami. Matka zdania nie zmieniła, ostatkiem sił podpisała wtedy oświadczenie zwalniające lekarzy z pełnej odpowiedzialności za jej decyzję. Ordynator podobno płakał jak dzieciak. Mama była już w stanie śmierci klinicznej. Cudem przeżyła, co więcej, jak wykazały późniejsze badania od urodzenia miała źle określoną grupę krwi. Gdyby dokonano transfuzji musiałaby umrzeć.
Przypadki, w których udaje się przekonać Jehowitę do przyjęcia krwi, choć zdarzają się, są tylko sporadycznymi wyjątkami, które zresztą, jak podkreślają lekarze, zdarzają się coraz rzadziej. Dlatego też polscy lekarze, zwłaszcza, kiedy walczą o życie umierających Jehowitów, coraz częściej decydują się korzystać z doświadczeń swoich amerykańskich kolegów. Wykorzystują ekspresowe procedury sądowe i pozbawiają rodziców praw rodzicielskich na trzy - cztery godziny. Dokładnie tyle, ile trwa operacja.
Jeden z najbardziej spektakularnych polskich procesów wzorowanych na amerykańskiej procedurze odbył się cztery lata temu w Rzeszowie. Kilkuletnia córka małżeństwa Jehowitów wyjątkowo nieszczęśliwie zraniła nogę o pękniętą szybę, straciła bardzo dużo krwi. Lekarze ze szpitala twierdzili, że tylko transfuzja może uratować jej życie. W obliczu śmierci swojego dziecka rodzice absolutnie zakazali przetaczania krwi. Czasu było coraz mniej, dziecko umierało. Zdesperowani lekarze błyskawicznie zwrócili się do sądu, który wydał postanowienie w pół godziny zezwalając na transfuzję wbrew woli rodziców. Ci zdążyli się jeszcze odwołać do sądu wojewódzkiego, ale ten oddalił ich zażalenie. Dziecko zostało
uratowane. Podobne orzeczenia sądy wydawały później także w przypadku osób dorosłych, choć, jak mówią psychologowie przetoczenie krwi wbrew woli głęboko wierzącego człowieka może być dla niego szokiem, porównywalnym do uczucia towarzyszącego gwałtowi.
|
Matka 18 - letniej Magdy musiała wyjechać z Polski do rodziny za granicą. Jak mówią mi siostry Magdy nie wytrzymała psychicznie nagonki niektórych sąsiadów, którzy na ulicy wyzywali ją od morderców własnej córki. Ojciec, który nie chce rozmawiać z prasą został sam z rodziną mniejszą o dwie osoby. W zborze Wołczyn współwyznawcy podkreślają ogromną religijność tej rodziny. - Mamy regularne spotkania 3 razy w tygodniu - mówi mi starszy zboru, rumiany sześćdziesięciolatek, pan Czesław - zanim wybudowaliśmy swoją salę na każde spotkanie trzeba było pokonać 15 km do pobliskiej Dąbrówki. I Magda chodziła tam piechotą trzy razy w tygodniu. I w skwar, i w deszcz, i brnąc zimą przez zaspy. My upchaliśmy się jakoś do malucha, ale ich nie dało już rady podwieźć.
Polskie Biuro Oddziału Świadków Jehowy, Nadarzyn pod Warszawą. Na czterech hektarach rozciąga się, ogrodzony i strzeżony przez kamery telewizji przemysłowej, ogromny kompleks nowoczesnych budynków. Nosi nazwę Dom Boży. Każdy może go obejrzeć od środka w regularnych wycieczkach z przewodnikiem. To żyjące swoim życiem miasto. Oprócz pomieszczeń gospodarskich są tu warsztaty samochodowe, drukarnia, studio nagrań, magazyny, chłodnie, pracownie rzemieślnicze, oddział ekspedycyjny z rzędem ciężarówek. Dom Boży (Betel) czuwa nad 130 tys. ŚJ w całej Polsce. To tu znajdują się najwyżsi rangą w hierarchii ŚJ. Poprzez Dom Boży w Nadarzynie, z polskimi ŚJ, porozumiewa się centrala na nowojorskim Brooklynie. Stu kilkudziesięciu Jehowitów pracuje tu dzień i noc kompletnie za darmo, mają zapewniony jedynie wikt i opierunek. |
|
Adrian, informatyk i dwie Anity, tłumaczki, uśmiechnięte, sympatyczne dziewczyny między swoimi zajęciami znajdują chwilę czasu na rozmowę ze mną. Pokazują mi oświadczenia "ŻADNEJ KRWI", jakie zawsze mają przy sobie. - Jesteś
pewien, że zachowałbyś się tak, jak Magda? - pytam Adriana. - Nigdy nie będę pewien, dopóki i mnie nie spotka taka sytuacja. Wiem tylko, że bardzo bym chciał do śmierci dotrzymać wierności zasadom.
- Czy modlicie się teraz za Magdę?
- Nasza religia stanowi, że wraz ze śmiercią człowieka przyszłość jego duszy jest już przez Boga wytyczona. Teraz możemy już się modlić tylko za jej bliskich, żeby dobry Bóg wsparł ich w ogromnym nieszczęściu.
- Wiemy, że niektórzy ludzie traktują nas z nieufnością, bo chodzimy po mieszkaniach, zaczepiamy ludzi, mówimy o Bogu, o śmierci, o tym, jak żyć - tłumaczy mi Anita, kiedy rozmowa zdążyła już zejść na inne tematy - tacy jesteśmy. Ale myślę, że bez względu na wyznanie i przekonania innych ludzi Magda zasługuje na ogromny szacunek. W czasach, kiedy dominująca część społeczeństwa poświęca się robieniu kariery, często po trupach, czy gromadzeniu jak największej ilości pieniędzy, są jeszcze ludzie, którzy wyznają inne wartości. Do samego końca.