26
września
(...)
Dowiedziałam się właśnie od córki, że mój były mąż ma zamiar
się ożenić. Niedawno poznał kobietę mniej więcej w swoim
wieku i zdecydowali się na małżeństwo. Ona jest z tej samej
miejscowości, co Małgorzata, ciekawe, może się nawet znają.
To by było dopiero! Jak to życie się jednak plecie
zadziwiająco.
Córka już myśli o kreacji weselnej, bo oczywiście będzie
wesele. Ślub cywilny, bo Świadkowie tylko taki uznają.
Kandydatka jest też Świadkiem, według zaleceń tej religii
należy szukać partnera wśród braci w wierze. Oczywiście,
zdarzają się małżeństwa z osobami spoza zboru, za to nikogo
się nie wyklucza, ale nie jest to mile widziane, zwłaszcza w
przypadku braci starszych, czyli nadzorców. Kimś takim jest
właśnie mój były mąż. Starszy musi dawać dobry przykład i
spełniać (przynajmniej teoretycznie, z praktyką różnie bywa)
wysokie wymagania.
Zalecenie poślubiania tylko braci w wierze ma swoje
uzasadnienie i wcale nie jest takie głupie. Zupełnie inaczej
w końcu żyje się z człowiekiem, który ma podobne
zapatrywania i podobny cel, wierzy w to samo, prowadzi
podobny tryb życia (zebrania, głoszenie itd.). Z drugiej
strony jednak z powodu małej liczby Świadków (w Polsce jest
ich około sto dwadzieścia tysięcy i liczba ta nie ma
tendencji zwyżkowych) trudno znaleźć odpowiedniego partnera.
Można więc powiedzieć, że mój były mąż miał szczęście.
Poznał tę kobietę podczas odwiedzin u znajomego, który
wyprowadził się z naszego miasta kilka lat temu. Kiedyś był
naszym bliskim przyjacielem, często u nas bywał. Ponieważ
oboje bardzo aktywnie działaliśmy jako tzw. pionierzy, czyli
głosiciele, którzy poświęcają nauczaniu po domach większą
część swojego czasu (wówczas około sto godzin miesięcznie),
często wychodziliśmy do tzw. służby razem. Może było nawet
między nami coś więcej niż zwykła przyjaźń, sądzę, że było
to nawet coś w rodzaju zauroczenia. Zakochanie natomiast
przeżyłam z „bratem” młodszym ode mnie o przeszło dziesięć
lat. Zaczęło się to również od wspólnego głoszenia,
spędzaliśmy razem po kilka godzin dziennie. Dużo
rozmawialiśmy, zaczęłam pisać dla niego wiersze. Pociągała
mnie jego świeżość i młodość, i wręcz dosłowna dziewiczość,
która powodowała, że nawet dotknięcie ręki wywoływało u
niego rumieniec. Pocałunek, który złożyłam na jego ustach,
był pierwszym pocałunkiem w jego życiu.
27
września
W gazetach ciągle doniesienia o przesyłkach z wąglikiem.
Nawet u nas, w takiej małej prowincjonalnej dziurze,
wybuchła afera po tym, jak mieszkańcy pobliskiej wioski
dostali list z Irlandii, gdzie nie mają żadnych znajomych
ani rodziny. Nic podejrzanego nie wykryto, a jego autorami
okazali się ludzie, którzy szukali kogoś mieszkającego w
naszej okolicy. Natomiast sekretarka w ZUS-ie znalazła
rozsypany na biurku biały proszek. Postawiono na nogi
wszelkie możliwe służby. Ewakuowano połowę biura,
przyjechała policja i specjalna grupa anty-wąglikowa, która
zabrała proszek do ekspertyzy. Okazało się, że była to
śmietanka do kawy, którą ktoś rozsypał, może złośliwie, ale
cała procedura musiała się odbyć.
Ta sekretarka to, swoją drogą, była „siostra” Świadków
Jehowy. Została wykluczona, gdy zaczęła romansować z żonatym
„bratem”, w dodatku swoim wujkiem, starszym od niej o
przeszło dwadzieścia lat. Rozwiódł się, zostawiając żonę i
trójkę dzieci, i ożenił się z tą dziewczyną. Oczywiście też
został wykluczony, co polega na tym, że przez Świadków jest
traktowany jak zupełnie obca osoba, nikt się do niego nie
odzywa, nie pozdrawia go, nie podaje mu ręki. Przykra to
sytuacja i nic dziwnego, że taki wykluczony zwykle nie
pojawia się więcej na zebraniach i nie szuka kontaktu z
„braćmi”, chociaż zdarza się, że taka osoba wraca do zboru,
ale zanim zostanie z powrotem przyjęta, musi pokazać, że się
zmieniła, zerwała ze złym trybem życia itd.
(...)
3 października
Spotkałam Esterę, to ta co poznała mnie z Syliwią. Kiedyś
byłyśmy ze sobą zaprzyjaźnione, tym bardziej, że to właśnie
ona zapoznała nas z, jak to nazywają Świadkowie, „prawdą
biblijną”. Studiowała ze mną i moim mężem, przeszło rok,
publikacje biblijne i ona doprowadziła do tego, że
zostaliśmy ochrzczeni i rozpoczęliśmy „działalność”.
Sylwię poznała, trafiając podczas głoszenia do mieszkania
jej rodziców. Nie byli zbyt chętni do rozmowy, dlatego
zaczęła zapraszać dziewczynę do siebie. Sylwia zawsze była
osobą ciekawą świata, ludzi i nowych „idei”, a rozmowy z
Esterą zaspokajały jej potrzeby pod tym względem. Odwiedzała
ją o każdej porze, także w nocy, kiedy wracała na przykład z
imprez. Miała wtedy różne problemy ze sobą, z wiarą, celem
życia, nie wiedziała, jaką wybrać drogę. Nawiązała się
między nimi swego rodzaju przyjaźń.
Estera jest samotna, ma parę lat więcej niż ja. Została
wychowywana w rodzinie Świadków, wśród których trafiali się
i tacy, co mieli na sumieniu różne “sprawki”, a nawet
wykluczenia. W młodości chodziła z chłopakiem (nie należał
do zboru), ale jego rodzina nie zgodziła się na ten związek.
Zerwali więc i potem już nie związała się z nikim.
Głoszenie, zebrania i towarzystwo braci w wierze zastępowało
jej życie rodzinne. Myślę, że Sylwia była dla niej kimś
bliższym, niż sama sobie uświadamiała. Pocałunek na
powitanie czy na pozór przyjacielskie przytulenie mogły mieć
w jej przypadku jakieś głębsze znaczenie. Estera długo nie
chciała przedstawić mi Sylwii, chociaż wyrażałam taką chęć
od chwili, gdy się poznały, tym bardziej, że sporo o niej
opowiadała. - Przeczuwałam, że to się tak skończy -
powiedziała mi kilka miesięcy później, gdy już znała prawdę
o naszym związku. Na naszą przyjaźń, a potem coś więcej, co
się między nami zrodziło, zareagowała tak jakby powodowała
nią zazdrość. Zachowywała się jak odrzucona kochanka, która
nie może się pogodzić z decyzją drugiej strony.
Podczas ostatniej rozmowy, Estera powiedziała, że to, co
mówię o związkach homoseksualnych i o mojej orientacji, jest
sprzeczne z Biblią. Dla Boga jest to złe. Nie dopuszczała do
siebie myśli, że może być inaczej, bo wówczas musiałaby
zburzyć cały swój ukształtowany na takich poglądach świat, a
tego by nie zniosła. Jej dotychczasowe życie okazałoby się
bezcelowe.
Nasze dzisiejsze spotkanie było dość nieoczekiwane. Szłam
zamyślona, a tu ktoś mnie pozdrawia. Zdziwiłam się, że to
ona, gdyż wielu Świadków w ogóle mnie nie zauważa od czasu,
gdy przestałam chodzić na zebrania. Tymczasem, proszę,
Estera wykazała inicjatywę i zagadnęła mnie. Zapytała, co
słychać, jak żyję, zmartwiła się, że nie mam pracy,
zatroskała o to, czy daję sobie radę. Chciała też się kiedyś
spotkać – wobec tego zaprosiłam ją, odwiedzi mnie za kilka
dni. Doprawdy, świat się kończy! Ha, ale czyż w końcu
Świadkowie nie mówią o końcu świata, Armagedonie i
zniszczeniu zła na ziemi?!
(...)
19 października
(...)
Gdy kilka lat temu
napisałam artykuł do „Inaczej” (gejowskie pismo), w którym
scharakteryzowałam postać mojego „brata w wierze” a zarazem
homoseksualisty, i poprosiłam „homoerotyków”, którzy są lub
byli Świadkami Jehowy, aby się odezwali - efekt przeszedł
najśmielsze oczekiwania. Przyszło dużo listów, zarówno od
Świadków jak i od księży, którzy odkryli w sobie taką
orientację i teraz nie wiedzą, co z tym zrobić. To znaczy,
że problem ten dotyczy wielu i nie jest wcale taki rzadki.
(...)
11 grudnia
Estera mnie odwiedziła i co mnie bardzo zdziwiło, bo nigdy
tego nie robi, zaczęła opowiadać o moim byłym mężu - jaki to
on nielojalny, że znalazł sobie kogoś innego i się wkrótce
żeni, że nie powinien tak robić, tym bardziej, że tutaj na
miejscu, w zborze ma dosyć kandydatek do małżeństwa, które
są wolne i od dłuższego czasu czekają na kogoś
odpowiedniego. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ma na
myśli głównie siebie. Mówiła to z jakimś żalem,
niespotykanym u niej, jakby rzeczywiście miała pretensje do
mojego byłego o to, że nie zainteresował się właśnie nią.
Generalnie „Strażnica” nie nakazuje życia w czystości,
chociaż mówi, że lepiej się nie spieszyć z małżeństwem.
Jednak powołując się na odpowiednie wersety biblijne, na
przykład listy apostoła Pawła, dowodzi, że „lepiej się
ożenić niż płonąć”, ale nie zawsze jest to łatwe do
wykonania. Jak wspomniałam, Świadkowie mają się pobierać
tylko wśród swoich, a wyznawców nie jest dużo i wybór
ograniczony. Nic dziwnego, że większość wykluczeń ze zborów
spowodowana jest „niemoralnością płciową”. Co roku w
styczniowej „Strażnicy” podawana jest statystyka - ilość
wyznawców na świecie ogółem i w poszczególnych krajach,
procent wzrostu (lub spadku), ilość ochrzczonych, oraz
wykluczenia. Ta ostatnia liczba wzrasta w zastraszającym
tempie.
Estera, wyżaliwszy się, poszła. Zostawiła mi też jedną z
nowo wydanych przez Świadków książek, dotyczącą proroctwa
Izajasza. I oczywiście, interpretacja proroctwa jest
przeprowadzona tak, by potwierdzała lansowany przez Świadków
model wiary.
(...)
15 grudnia
Za trzy dni klasa mojej córki organizuje spotkanie
wigilijne. Córka postanowiła pójść, czym nieco mnie
zaskoczyła, bo jako Świadek nie powinna w zasadzie
uczestniczyć w tego typu imprezach. Ale ostatnio przeżywa
jakiś wyraźny kryzys wiary, buntuje się, i oświadczyła, że
pójdzie, oczywiście nic nie mówiąc ojcu, który by się temu
zdecydowanie sprzeciwił. Jest to bowiem związane z
„fałszywym” kultem i uczestnictwo byłoby wyrazem poparcia
dla tego kultu – można by ją było uznać za „odstępcę”, co
już może być podstawą do wykluczenia ze zboru. Poprosiła
mnie, abym tacie nic nie mówiła.
(...)
6 stycznia
Spotkałam Marka, Świadka Jehowy - tego, z którym
romansowałam kilka lat temu. Słowa „romansować” użyłam tutaj
bardzo na wyrost, to były tylko dwa spotkania, podczas
których zaledwie doszło między nami do nieśmiałych prób
pocałunku. Nic się nie zmienił - szczupły i chłopięcy, o
uśmiechu licealistki, która jeszcze nie zgrzeszyła. Chyba
jednak w tym wieku ma on już co nieco na sumieniu, w końcu
przez osiem lat był z dziewczyną i nie wierzę, aby był to
związek czysto platoniczny. Spotkaliśmy się przypadkiem w
jednym z urzędów i stanęliśmy, zaskoczeni, przyglądając się
sobie. Kiedyś mieliśmy szalone plany ucieczki, rzucenia
wszystkiego i zamieszkania razem w innym mieście. Jednak
oczywiście jego rozsądek (bo nie mój, mi daleko było do
rozsądku) zapobiegł temu. Ciekawe, jak wyglądałoby moje
życie, gdybyśmy to zrobili? Czy taki związek przetrwałby
próbę czasu? Miał chyba marne szanse. Stojąc tak naprzeciw
siebie i milcząc, w pewnym momencie, na szczęście,
rozładowaliśmy napięcie wspólnym śmiechem. Zaproponowałam,
żebyśmy poszli gdzieś na kawę, w końcu ile można stać na
korytarzu wśród tłumu petentów. Pojechaliśmy do małej
kafejki przy Starym Rynku. Mówiliśmy o tym, co aktualnie
robimy, gdzie pracujemy – w końcu zapytałam, o coś, co mnie
intrygowało.
- Dlaczego właściwie zgodziłeś się, żeby tu przyjść ze mną?
Wiem, jak Świadkowie traktują takich jak ja...
- Ja nie muszę tak myśleć, jak inni Świadkowie.
- Czy to znaczy, że nie potępiasz mnie za to, że nie chodzę
na zebrania i zerwałam z wami kontakty?
- Nie uważam się za kompetentnego do oceniania czyjegoś
postępowania. To ty jesteś odpowiedzialna za to, co robisz,
i Bóg cię osądzi, nie ludzie.
- Słusznie, ale z tego, co wiem, Świadkowie mają trochę inne
poglądy i wielu mnie nawet nie pozdrawia na ulicy... Nawet
twoja mama, która zresztą nie bardzo mnie lubi od czasu,
hm... - Nie chciałam nazywać rzeczy po imieniu. Zresztą on
się zapewne domyślił, o czym mówię. Jego matka była moją
najlepszą przyjaciółką do chwili, gdy zobaczyła nas kiedyś
razem, wysiadających z autobusu. Byliśmy wtedy w Poznaniu,
ja pojechałam na jakieś badania, on miał coś do załatwienia.
Pamiętam ciemną bramę jakiegoś budynku i nas całujących się
tam, ukrytych dyskretnie za jakimś słupem. Chyba żadne
pocałunki nie miały dla mnie tyle uroku (no, może oprócz
tych pierwszych), co właśnie te, zabronione, naznaczone
piętnem grzechu.
- Żałujesz tego wszystkiego, co mogło być między nami, a nie
było? - zapytałam nieoczekiwanie dla samej siebie.
- Nie - odpowiedział, lekko zmieszany i zdziwiony moimi
dociekaniami.
- Chyba jesteś szczęśliwy...
- To inna sprawa. Moje szczęście nie zależy od tego, czy
żałuję czegoś, czego nie było, ale od mojej więzi z Bogiem i
mojego nastawienia do życia.
- Zwykle miałeś pozytywne nastawienie...
- I teraz też takie mam. Sądzę, że jestem szczęśliwy, staram
się służyć Bogu i ludziom...
- A jak kontakty z mamą?
- Mama jest w porządku, ciebie nie lubiła z wiadomych
względów, ale myślę, że jej to minęło.
- Jak ci się układa z Kasią? - byłam ciekawa wszystkiego, co
dotyczy człowieka, kiedyś tak bardzo bliskiego.
- Nie jesteśmy już razem. Dziwne, że nie wiesz o tym, żyjemy
w tak plotkarskim środowisku.
- W sumie wiedziałam, ale nie byłam pewna. A więc
rozstaliście się...
- Tak naprawdę to nawet nie wiem dlaczego, ale chyba po
prostu to nie było to, przynajmniej z mojej strony.
- Lepiej zmienić decyzję teraz, niż wtedy, gdy będzie za
późno.
- No właśnie. A co tam u ciebie? Nie chodzisz na zebrania...
- Wiesz, złożyło się na to wiele czynników. Zaczęłam dużo
myśleć, pojawiły się wątpliwości, poza tym wchodzą tu w grę
pewne osobiste przyczyny.
- Chyba wiem, jakie...
- Skąd wiesz, i czy rzeczywiście, wiesz?
- Wiem dużo o tobie, wbrew temu, co możesz sądzić,
interesowałem się twoim losem od czasu, gdy... poznaliśmy
się bliżej.
- To miłe z twojej strony, ale dlaczego nigdy mi o tym nie
powiedziałeś?
- Czy wszystko trzeba mówić? Obserwowałem cię z daleka i
często się niepokoiłem tym, co się z tobą dzieje.
- Naprawdę?!
- Co w tym dziwnego? Przecież interesowanie się przyjaciółmi
jest naturalne, a ja uważałem się za twojego przyjaciela,
niezależnie od tego, co byś na ten temat sądziła.
- Rozumiem, dziękuje, ale czy to nie stoi w sprzeczności z
twoją religią?
- Ubolewałem nad tym, że zerwałaś kontakty ze zborem, ale
muszę ci powiedzieć, że cię rozumiem. Niektórzy bracia są
bardzo trudni, poza tym sam od pewnego czasu mam wątpliwości
co do pewnych rzeczy.
- Oooo! A do jakich konkretnie?
- Nie chciałbym roztrząsać tego tematu, może będzie kiedyś
jeszcze okazja. Zresztą sam muszę się z nim najpierw uporać.
Mam tylko jedno pytanie do ciebie. Czy kontaktujesz się może
z Radkiem?
- Owszem, od czasu do czasu się widujemy, najczęściej
przypadkiem w Poznaniu, czasem w knajpkach. Mogę ci dać
jakieś namiary na niego, mam chyba numer komórki. Chcesz?
- Jasne, chyba nie będzie miał nic przeciwko temu, co?
Radek był również byłym Świadkiem Jehowy - odszedł ze zboru
z powodu swojej orientacji homoseksualnej. Gdy odkrył w
sobie takie upodobania, najpierw szukał pomocy u braci
starszych. Zalecili mu na to modlitwę i czytanie Biblii.
Ponieważ stwierdził, że to nic nie daje, a wręcz potęguje
stres i pogłębia poczucie winy, odsunął się od zboru.
Nawiązał kontakty ze środowiskiem homoseksualnym, zaczął
bywać w knajpkach branżowych. Przez długi czas nie znałam
powodów jego odejścia. Dopiero dwa lata temu, gdy
spotkaliśmy się przypadkiem w autobusie i ja, opowiadając,
co robiłam w weekend, wymieniłam nazwę lokalu gejowskiego,
szeroko otworzył oczy i roześmiał się. Dopiero wtedy zaczął
ze mną szczerze rozmawiać. Czyżby Marek odkrył w sobie
podobne upodobania? No... w końcu ten jego dziewczęcy urok,
miękkość w ruchach i sposobie bycia - to dużo mówi. A może
chce po prostu nawrócić Radka na właściwą drogę?
(...)
24 marca
Widziałam się z Esterą. Po dość długiej przerwie miałyśmy
sobie sporo do powiedzenia. Jej życie toczy się pomału, bez
większym zmian i rewolucji. Praca, zebrania, głoszenie,
czasem spotkania z braćmi ze zboru, czytanie „Strażnic”,
studiowanie Biblii. Trochę podyskutowałyśmy na temat
interpretacji pewnych ustępów. Ja też bowiem dostaję
czasopisma, przynosi je dla mnie moja córka. Pewne
kontrowersje wzbudził we mnie artykuł dotyczący głosowania.
Do tej pory było powiedziane wyraźnie, że Świadkowie nie
mieszają się do polityki i nie biorą udziału w wyborach,
niezależnie od tego, czy dotyczy to wyborów na prezydenta,
do parlamentu czy lokalnych władz samorządowych. „Mamy swój
rząd w niebie” - pisała swego czasu „Strażnica”, a wyrazem
tego było wpisywanie sobie przez niektórych Świadków w
dowodach osobistych w rubryce obywatelstwo - „Królestwo
Boże”. Tymczasem teraz przeczytałam, że sprawa głosowania
jest „sprawą sumienia”, co oznacza, że każdy ze Świadków sam
decyduje o tym, czy weźmie udział w wyborach, czyli
zdecydowanie interpretacja się zmieniła. Drugą sprawą, która
zwróciła moją uwagę, jest słynny rok 1914. Przez całe
dziesięciolecia Świadkowie twierdzili, że Armagedon, czyli
koniec zła na ziemi, nastanie w czasie, kiedy będą jeszcze
żyli ludzie reprezentujący pokolenie urodzone w roku 1914.
Teraz natomiast czytam, że ta interpretacja była błędna i że
wyrażenie „nie przeminie to pokolenie zanim się to stanie”
(to cytat z Ewangelii wg. św. Mateusza) dotyczy ludzi
żyjących w czasie, gdy będzie następował koniec świata.
Wynika z tego, że data tego wydarzenia została przesunięta z
początku XXI wieku (bo teraz jeszcze żyje pokolenie urodzone
w roku 1914) w bliżej nie określoną przyszłość. Estera
oczywiście starała się udowodnić mi, że bracia piszący
artykuły czerpią natchnienie od Boga, ale jak z tego wynika,
mylą się. Skąd więc wiadomo, że akurat ta interpretacja jest
prawdziwa, a nie poprzednia? A może jeszcze inna okaże się
właściwa? I w co wierzyć w takiej sytuacji? Estera mówi,
żeby wierzyć Bogu, no tak, ale Bóg nie wyznacza dat, ani nie
stawia wymagań, które przypisują mu Świadkowie.
(...)
23 kwietnia
Sensacja wśród Świadków Jehowy! Spotkałam kolegę, tego,
który jest gejem, a był Świadkiem i kilka lat temu odszedł z
organizacji. Powiedział mi, że jeden z braci starszych
zabrał pieniądze należące do zboru. Działalność Świadków
jest finansowana przez dobrowolne datki, a w miejscu, gdzie
odbywają się zebrania, stoją skrzynki, jedna przeznaczona na
finansowanie sali Królestwa, druga - na ogólnoświatową
działalność (pieniądze wysyłane są do biura głównego,
znajdującego się w Nadarzynie pod Warszawą, a stamtąd
trafiają do biura światowego w Nowym Jorku). Defraudacja
pieniędzy to poważne wykroczenie i taki brat w zasadzie
powinien być zwolniony z funkcji starszego, oczywiście, nie
mówiąc już o obowiązku zapłacenia długu. Jednak jak
słyszałam, podobno niechętnie zwalnia się braci starszych z
funkcji, jeśli tylko nie dopuścili się “rażącego” grzechu,
ot, chociażby cudzołóstwa – bo... brakuje chętnych na
wymianę. Młodzi wolą się zajmować karierą czy rodziną, a nie
zborem. Sprawa więc pewnie przycichnie i wszystko pozostanie
po staremu, jak to zwykle bywa.
(...)