''Wielkie
odstępstwo'', czyli jak Rutherford przejął władzę nad Towarzystwem
Strażnica (''Ruthi w akcji'', cz. 1)
W
jednej ze Strażnic z 1997 roku (nr 10) umieszczono fotografie prezesów od
Russella do Henschela. Oczywiście wśród fotografii znalazła się ta z
podobizną Rutherforda, pod nimi zaś umieszczono podpis: Dojrzali
namaszczeni chrześcijanie są błogosławieństwem dla ludu Jehowy. Tym
artykułem rozpoczynamy cykl, który udowodni, że przynajmniej jeden z
prezesów dziś nie jest błogosławieństwem, a bardzo nieprzyjemną zadrą dla
Brooklynu i wspaniałej jego historii.
wiadkowie
Jehowy są dziś na ogół święcie przekonani, że drugi prezes Towarzystwa
Strażnica Rutherford był człowiekiem szlachetnym, prawym i przewodził im
uczciwie w latach 1917 do 1942 (por. książkę Świadków Jehowy pt. Świadkowie
Jehowy głosiciele Królestwa Bożego, Brooklyn 1995, str. 65-68). Nic
dziwnego, skoro literatura Świadków Jehowy odmalowuje postać Rutherforda
jako kogoś w rodzaju męża opatrznościowego, który nie tylko wyprowadził
działalność Świadków Jehowy na szersze wody, ale przede wszystkim ustalił
będące po dziś w swej wielkiej mocy główne doktryny i założenia ich
działalności, począwszy od nadania im obecnej nazwy, którą tak się
chlubią, a skończywszy na nauce o Wielkiej rzeszy, która to nauka pozwala
im marzyć o sielskim życiu na rajskiej ziemi. Obraz ten nie jest
wyolbrzymiony. Rutherford w rzeczywistości bowiem odegrał o wiele
większą rolę w ukonstytuowaniu światowej działalności Świadków Jehowy niż
sam Russell. I choć tradycyjnie to Russellowi raczej przypisuje się
powołanie do istnienia Świadków Jehowy, to faktem jednak jest to, że tak
naprawdę na miano prawdziwego założyciela Świadków Jehowy zasługuje sam
Rutherford. Nie bez przesady będzie stwierdzenie, że Rutherford jest
dziś w literaturze Świadków Jehowy obok Russella najchętniej wspominanym
prezesem Towarzystwa Strażnica.
szystko to
poniekąd prawda. Jednakże istnieją też niechlubne momenty w historii
działalności prezesa Rutherforda. Jedną z takich ciemnych plam są
niewątpliwie skandaliczne okoliczności towarzyszące objęciu przez niego
władzy nad Towarzystwem Strażnica po śmierci Russella. Rutherford
zdymisjonował wtedy czterech członków Zarządu Towarzystwa Strażnica, z
którymi popadł w konflikt. Nie byłoby w tym być może nic wielkiego, gdyby
nie fakt, że sposób w jaki Rutherford obszedł się z wspomnianymi
dyrektorami był wyjątkowy ze względu na swój przebieg i w ogóle całe
podłoże tego konfliktu. Jakie było zatem podłoże tego konfliktu? Tym
zajmiemy się później, na razie przyjrzyjmy się co na temat wspomnianego
konfliktu znajdujemy w oficjalnej literaturze samych Świadków Jehowy.
Wydana w języku polskim w 1995 roku książka Świadków Jehowy pt.
Świadkowie Jehowy głosiciele Królestwa Bożego podaje na ten temat:
„Nie wszyscy
popierali nowego prezesa. C.T. Russell i J.F Rutherford bardzo się od
siebie różnili zarówno pochodzeniem, jak i osobowością. Niektórym trudno
się było z tym pogodzić. Ich zdaniem Russell był niezastąpiony.
Zwłaszcza w Biurze Głównym kilka osób wręcz nie cierpiało brata
Rutherforda. Ludzie ci zdawali się nie zauważać, że nie szczędzi on
wysiłków, by trzymać się wytycznych Russella, i że dzieło się rozwija.
Wkrótce pojawiła się opozycja. Czterech członków zarządu Towarzystwa
posunęło się nawet do próby pozbawienia Rutherforda uprawnień
administracyjnych. (...) czterech opozycyjnych członków zarządu usunięto
ze stanowiska, a brat Rutherford wyznaczył na ich miejsce czterech innych
braci. Jak to przyjęto? Na sali zawrzało. Czterech zwolnionych członków
zarządu skorzystało z okazji, żeby w obecności rodziny Betel wzniecić
pięciogodzinną dysputę na temat sposobu zarządzania Towarzystwem.
Niektórzy z rodziny Betel sympatyzowali z przeciwnikami. Napięta sytuacja
utrzymywała się przez kilka tygodni, a wichrzyciele grozili, że >>obalą
istniejącą tyranię<<. Ale działania brata Rutherforda były oparte na
mocnych podstawach. Jakich? Chociaż owych czterech niezadowolonych
członków zarządu zamianował brat Russell, to jednak ich nominacja nigdy
nie została zatwierdzona przez głosowanie na dorocznym walnym zgromadzeniu
Towarzystwa. A zatem w świetle prawa żaden z nich nie był członkiem
zarządu! Rutherford wiedział o tym, ale z początku nie poruszał tej
sprawy. Dlaczego? Nie chciał wywoływać wrażenia, jakoby się nie zgadzał z
życzeniami brata Russella. Kiedy jednak stało się jasne, że nie
zaprzestaną sprzeciwu, Rutherford, działając w ramach uprawnień
przysługujących mu jako prezesowi, zastąpił ich czterema innymi osobami,
których nominacje musiało zatwierdzić najbliższe walne zgromadzenie w
styczniu 1918 roku. Dnia 8 sierpnia sarkający eks-członkowie zarządu i ich
zwolennicy opuścili rodzinę Betel, o co ich poproszono ze względu na to,
że nieustannie siali zamęt. Wkrótce potem zaczęli szerzyć swe opozycyjne
poglądy, wszczynając w całych Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Europie
rozległą kampanię przemówień i pisania listów. W rezultacie od lata 1917
roku niektóre zbory Badaczy Pisma Świętego podzieliły się na dwie grupy –
do jednej należały osoby lojalne wobec Towarzystwa, a do drugiej ci,
którzy dali się złapać na lep gładkich słówek przeciwników” (Świadkowie
Jehowy głosiciele......, str. 66-68).
Wspomniany
kryzys naprawdę był bardzo poważny i rzeczywiście, jak podaje cytowana
przed chwilą książka, zatoczył swym zasięgiem wielkie niszczycielskie koło
po wszystkich zborach Świadków Jehowy w USA, Kanadzie i Europie,
docierając także do Polski. Jedna z innych publikacji Świadków Jehowy
zarejestrowała ten fakt w sposób, który dobrze obrazuje skalę tego
kryzysu:
„Na przykład
dopiero w roku 1919, ponad dwa lata po fakcie, do warszawskiego
zboru dotarła prywatnymi kanałami wiadomość o śmierci brata Russella.
Pojawiły się również niepokojące pogłoski o rozłamie wśród braci
amerykańskich i na tym tle zbór przeżywał trudności, zwłaszcza odkąd
pojawił się w Warszawie wpływowy przedstawiciel grupy zwalczającej
Towarzystwo. Po odciągnięciu sporej liczby braci opozycjonistom udało
się nawet przejąć nadzór nad korporacją prawną usługującą wówczas braciom
w Polsce” (Rocznik Świadków Jehowy 1994, str. 180).
Jak widzimy z
tego cytatu, wspomnianym „opozycjonistom” udało się nie tylko przeciągnąć
na swoją stronę „sporą liczbę braci”, ale ponadto udało im się przejąć
korporację prawną Świadków Jehowy w Polsce, co pokazuje jak wielką siłę
przekonywania mieli oni w swym działaniu. Co było więc takiego
przekonującego w ich argumentach? Poniżej wrócę jeszcze do tej kwestii.
Kolejna publikacja Świadków Jehowy również nawiązuje do wspomnianego
kryzysu:
„Nie wszyscy
byli jednak radzi popierać nową administrację Towarzystwa w przyspieszaniu
dzieła świadczenia. Już od początku, tj. od roku 1917, były różne osoby
przewodzące, które ambitnie dążyły do zdobycia władzy administracyjnej dla
siebie. Tacy przestali współpracować z innymi i w końcu stali się
buntownikami. Ta klika opozycyjna zaczęła zaraz puszczać w obieg listy i
inny materiał, który krążył po zborach w Stanach Zjednoczonych i za
granicą. Stopniowo potworzyły się w tych zborach grupy opozycyjne”
(Wykwalifikowani do służby kaznodziejskiej, część IV, str. 63-64).
Cytat z tej
publikacji wnosi niewiele więcej niż powyższy cytat na temat tego kryzysu
z książki Świadkowie Jehowy głosiciele......., Jedyna nowa informacja jaką
uzyskujemy z tego źródła to wzmianka o tym, że prócz listów
„opozycjoniści” puszczali w obieg jakiś bliżej nieokreślony „inny
materiał”.
Z powyższych cytatów owianych mrokiem propagandy nie dowiemy się w ogóle o
co chodziło owym opozycjonistom, bo Towarzystwo Strażnica konsekwentnie
milczy na temat jakichkolwiek konkretów w tej sprawie jak zaklęte.
Cenzura bojących się prawdy jak ognia powyższych publikacji sięga do tego
stopnia, że nie podaje się w nich nawet tak podstawowej rzeczy jak
nazwiska wspomnianych czterech dyrektorów Zarządu z którymi Rutherford
wszedł w konflikt.
Wspominanie przez powyższą książkę Świadkowie Jehowy głosiciele.......,
że chodziło tak naprawdę o to, że „opozycjoniści” po prostu nie lubili
Rutherforda, zakrawa na śmieszność. Ta sama książka wraz z wyżej
cytowaną książką Wykwalifikowani....., stwierdza bowiem również coś z
czego wynika, że musiało chodzić o coś więcej niż zwykła osobista
antypatia, skoro „opozycjoniści” puszczali w obieg jakieś materiały.
Ponadto z powyższych cytatów wiemy, że „opozycjoniści” przeciągnęli na
swoją stronę „sporo braci” i podzielili na tle wspomnianego konfliktu całe
zbory nie tylko w USA, ale także w Kanadzie i Europie. Znając nieufność
Świadków Jehowy i wiedząc, że niezwykle trudno przy pomocy nawet bardzo
mocnych argumentów podkopać w nich wiarę do Towarzystwa Strażnica, musimy
dojść do przekonania, że absurdem byłoby w tym momencie mniemać, że tak
naprawdę jedynym prawdziwym argumentem „opozycjonistów” była ich osobista
antypatia do prezesa Rutherforda. Jedyny wniosek jaki można w tym
miejscu przyjąć za rozsądny to ten, że opozycjoniści musieli mieć w ręku
jakieś naprawdę silne racje i atuty.
imo braku
konkretów, z tych powyższych cytatów możemy jednak wyłuskać kilka
istotnych informacji ogólnych. Wiemy więc z nich na pewno, że:
a)
opozycjoniści chcieli z jakiegoś powodu pozbawić Rutherforda władzy
administracyjnej,
b) Rutherford
usunął opozycjonistów z zarządu, ponieważ ich wybór na dyrektorów tego
zarządu nie był zatwierdzony na walnym zgromadzeniu Towarzystwa Strażnica,
c) czterej
dyrektorzy byli na swe stanowisko wybrani przez Russella i Rutherford o
tym wiedział,
d)
opozycjoniści mieli jakieś niepodważalne dokumenty, które rozsyłali po
zborach,
e)
opozycjoniści mieli jakąś potężną siłę przekonywania, odnośnie tego, że
mają rację, skoro podzielili całe zbory i nie tylko „sporo braci”
przeciągnęli na swoją stronę, ale nawet przekonali niektórych w Betel w
Brooklynie.
DALEJ
Jan
Lewandowski; marzec 2003