Krajobraz po gwałcie

Marcin Fabjański

''Przekrój'' nr 26/2004

 

Dyrektor szkoły zgwałcił uczennicę. Przynajmniej w kilkuset tysiącach egzemplarzy brukowca "Fakt". Bo fakty wskazują raczej, że był to wyłącznie gwałt prasowy. Tytuł czołówki "Faktu" z 16 czerwca wali po oczach: "Zgwałcona". Niżej gazeta cytuje ofiarę gwałtu, 19-letnią Agnieszkę: "Nie tak wyobrażałam sobie swój pierwszy raz".

 

artykule, na pierwszej i ósmej stronie, akcja toczy się szybko: z 4 na 5 czerwca dyrektor pije z maturzystami w knajpie całą noc. Pozwala sobie na flirtowanie z uczennicą, która nie hamuje jego zapędów, bo "przecież to tylko zabawa". Potem dyrektor namawia ofiarę, żeby się zgodziła na odprowadzenie do domu, atakuje ją na trawniku blisko jej domu, obnaża się, ale w końcu ulega błaganiu dziewczyny o litość. Odstępuje tylko na chwilę, idzie za Agnieszką do jej bloku, w końcu gwałci ją w przedpokoju jej mieszkania. Dyrektor S. zdaniem "Faktu" wiedział, że ojca dziewczyny nie ma w domu, bo jest on woźnym szkolnym i pilnował bicia rekordu Guinnessa w najdłuższej lekcji. "Fakt" pisze, że nikt nie wierzy w opowieść dyrektora, że do zbliżenia doszło za obopólną zgodą. Tabloid opiera cały tekst na zeznaniach dziewczyny i woła o pomstę do nieba: "To się nie mieści w głowie". Podobnie pewnie pomyślało kilkaset tysięcy czytelników gazety.


rzeczywiście "to się nie mieści w głowie", bo fakty wyglądają inaczej. Pyskowice - najbardziej na północny wschód wysunięty cypel aglomeracji śląskiej. 20 tysięcy mieszkańców, do niedawna zero wydarzeń. Pani S. i jej trzy małe córeczki od tygodnia nie wychodzą z domu. Płaczą. Boją się. Męża pani S., dyrektora miejscowego zespołu szkół średnich, nie ma w domu. Siedzi w areszcie w Gliwicach podejrzany o gwałt na swojej byłej uczennicy Agnieszce F.


Kilkanaście ulic dalej Agnieszka F. też nie wychodzi z domu (jej matka przez domofon ogania się od dziennikarzy). Zaraz po rzekomym gwałcie wychodziła. Była nawet w szkole, gdzie przyjaźnie gawędziła z panem dyrektorem, który miał ją parę dni wcześniej zgwałcić. Przestała z nim rozmawiać dopiero po tym, kiedy oficjalnie oskarżyła go u szkolnej pedagog i na policji (8 czerwca po południu, trzy dni po gwałcie). Dlaczego teraz nie wychodzi z domu? Może dlatego, że prawie nikt w mieście jej nie wierzy.
 


KOMUNIKAT OSTATECZNY


olicjanci z Gliwic, którzy prowadzą śledztwo - bo to za poważny przypadek dla pyskowickich glin - w poniedziałek 14 czerwca (po trzech dniach roboczych od zgłoszenia gwałtu przez Agnieszkę) ustami rzeczniczki prasowej nadkomisarz Magdaleny Zielińskiej wydali oświadczenie dla prasy. Polska Agencja Prasowa wysłała je w świat. Było w nim o tym, że 5 czerwca po zakrapianej imprezie z okazji rozdania świadectw maturalnych dyrektor S. zaproponował Agnieszce, że odprowadzi ją do domu zamiast kolegi, który też wyrażał na to ochotę. Potem stało się najgorsze.


"Z relacji dziewczyny wynika, że potraktowała to nawet jak wyróżnienie. Mężczyzna zaatakował ją dwukrotnie - najpierw na trawniku przed domem. Zaczął zrywać z niej ubranie, sam się obnażył, dziewczyna zaczęła krzyczeć, prosić, żeby dał jej spokój, i rzeczywiście tak się stało. Potem jednak, co może być zaskakujące, zgodziła się, żeby odprowadził ją do mieszkania, gdzie tego dnia nikogo nie było. Dyrektor zaatakował znowu, tym razem skutecznie".
- Jest pani pewna, że dyrektor jest winny? - pytam nadkomisarz Zielińską.
- Zeznanie pokrzywdzonej jest uwiarygodnione opinią biegłych specjalistów. Opinie lekarskie potwierdziły przedstawiony przez dziewczynę przebieg zdarzenia, według którego została zaatakowana najpierw na świeżym powietrzu, a następnie we własnym mieszkaniu.
Nadkomisarz Zielińska opinii biegłego o gwałcie nie widziała, ale z nim rozmawiała. A swoim ludziom ufa.
 


JEJ PIERWSZY RAZ


yrektor S. nie pił z maturzystami przez całą noc - naprawdę wyszli z restauracji Pod Ratuszem przed godziną 23, rachunek - jak wynika z kasy fiskalnej - płacili o 22.47. Kelnerki lokalu, które obsługiwały imprezę 4 czerwca, widziały co innego, niż zaprezentował "Fakt". Stolik rezerwowały w południe dwie uczennice z IVA, teraz już absolwentki. Mówiły, że przyjdą koledzy z byłej klasy oraz ich były wychowawca, matematyk, a zarazem dyrektor, pan S. Przyszli całą grupą około 19.30.


Jolanta Górecka obsługiwała stolik maturzystów: - 16 osób, pili niedużo. Dziewczyny małe piwa z sokiem, chłopcy duże, grupa zamówiła też osiem drinków: 50 gramów wódki plus sok. Każdy płacił za siebie. Na koniec dyrektor zamówił dwie butelki szampana. Wyszło po kieliszku na osobę. Zachowywali się bardzo spokojnie. Szefowie nie pozwoliliby na jakieś pijackie krzyki. W sali obok siedział burmistrz z delegacją z Niemiec. Kiedy wychodzili, trzech chłopców chwiało się lekko na nogach, inni szli zupełnie prosto.


elnerka zauważyła jednak coś szczególnego. - Była tam dziewczyna. Kiedy zrobiło się luźniej, bo parę osób wyszło na zewnątrz, przesiadła się na miejsce obok dyrektora. Widziałam, jak głaszcze go po nodze, szepce coś do ucha. Dyrektor był zażenowany. Rozmawiał z całą grupą, udawał, że nic się nie dzieje, ale widać było, że czuje się źle.


Druga kelnerka z tamtej zmiany Dagmara Strzelczyk: - Po powrocie do domu powiedziałam mężowi, że młode dziewczyny podpalają facetów, a potem się dziwią, że są gwałcone.


Uczniowie wyszli pierwsi, dyrektor płacił jeszcze za szampana. Koleżanki wołały Agnieszkę, żeby z nimi poszła. Ale ona uparła się, że odprowadzi ją dyrektor. Zaczekała, aż nauczyciel skończy płacić przy kasie. Wtedy z ręki wypadła jej torebka. Dyrektor ją podniósł.
 


DYSKRETNE ŚLEDZTWO


adąc do Pyskowic, myślałem, że usłyszę od świadków coś w rodzaju: "Co będę gadać, powiedziałem już wszystko policji". Nie usłyszałem tego ani razu. Gliwicka policja prowadzi śledztwo dyskretnie - nikt jej w Pyskowicach nie widział. Funkcjonariusze nie dotarli do ubiegłego czwartku do restauracji Pod Ratuszem, gdzie kilkunastu świadków widziało dyrektora i uczennicę. Nikt ich nie spotkał w Zespole Szkół imienia Marii Konopnickiej, gdzie pracuje dyrektor i uczyła się Agnieszka. Przesłuchali kilku uczestników imprezy, ale pominęli Jacka Bystrzanowskiego z byłej IVA, który widział, jak dyrektor odprowadza Agnieszkę pod jej blok.


Jacek prowadzi mnie na miejsce, z którego ich obserwował. To jakieś 70 metrów od wejścia do klatki schodowej, w której mieszka Agnieszka.
- Szli spokojnie, powoli. Widziałem, jak otwierają się drzwi do klatki. Dyrektor wyszedł z nich po jakichś 20 minutach. To ciche osiedle, gdyby była jakaś szarpanina na trawniku, jakieś krzyki, na pewno bym to usłyszał - opowiada Jacek.


Chłopak ma swoją teorię na temat rzekomego gwałtu: - To była zemsta. Dyrektor nie lubił Agnieszki, bo spóźniała się na lekcje po 15 minut. Raz ją nawet wyrzucił z klasy.
W gwałt nie uwierzy za nic. - Następnego dnia po imprezie widziałem Agnieszkę na ulicy uśmiechniętą od ucha do ucha.


Jednak w komendzie miejskiej w Gliwicach uważają, że nie ma potrzeby wysyłania ludzi do restauracji czy szkoły.
- Ani restauracja, ani szkoła nie były miejscem przestępstwa. Dochodzenie zaczynamy od zebrania najważniejszych dowodów - tłumaczy nadkomisarz Magdalena Zielińska. - Byliśmy na miejscu zdarzenia, przesłuchaliśmy szereg świadków, którzy wnieśli istotne fakty dla sprawy. Teraz będziemy kontynuować czynności w tej sprawie, między innymi przesłuchiwać kolejnych świadków.


Raportu pedagog z rozmowy z Agnieszką nie chcą mi pokazać w Zespole Szkół imienia Marii Konopnickiej. Jest włączony do śledztwa. Ale mój informator ze szkoły przeczytał go dokładnie. Agnieszka F. powiedziała pani pedagog co innego niż policji. Że dyrektor próbował ją zgwałcić dwa razy, wybroniła się i do niczego nie doszło.
 


INTERWENCJA KRYZYSOWA


gnieszka Rupacz, pełniąca obowiązki dyrektora Zespołu Szkół w Pyskowicach, ogłosiła stan interwencji kryzysowej. O aferze dowiedziała się w piątek 11 czerwca, dzień po Bożym Ciele (szkoła miała przerwę). Policja wezwała ją na komisariat, żeby przekazać klucze do szkoły. Miał je dyrektor S., którego aresztowano na terenie placówki, gdy nadzorował wymianę okien (dyrektor słynie z tego, że wyremontował szkołę w dwa lata). Zaczął się najbardziej ponury weekend w jej życiu.


W poniedziałek 12 czerwca szkoła stanęła na głowie. Policja nie ostrzegła nauczycieli, że wyda komunikat mediom. Ani że w tym komunikacie wyda wyrok na ich szefa.
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że rzecznik policji tak kategorycznie przesądził kwestię winy - mówi pani dyrektor.


Dziennikarze stadami zasadzali się od rana na uczniów przed wejściem. Jak mantra wracało jedno pytanie: Co sądzisz o tym, że dyrektor S. zgwałcił twoją koleżankę ze szkoły?
 

Nauczyciele patrzyli zza firanek.
- Przed budynkiem kilkudziesięciu dziennikarzy, pełne ekipy z kamerami i mikrofonami. A my nie mamy doświadczenia z prasą - mówi Aldona Siebel, polonistka.


Anglista i wuefista Jerzy Piprowski wyrusza na obserwację terenu. Dziennikarze trochę odstępują. Pani dyrektor wraca ze starostwa i na godzinę 14 zwołuje radę. Nauczyciele postanawiają - będą rozmawiać o aferze z uczniami, ale nie wdając się w ocenę. Piszą opinię rady pedagogicznej o nienagannej jak dotąd pracy dyrektora S., a uczniom wydają komunikat. Oto fragment: "Przypominamy, że fakt aresztowania nie oznacza potwierdzenia zarzutów, spróbujmy zatem powstrzymać się od ferowania wyroków. Szum medialny nie służy dobru społeczności szkolnej. Prosimy więc o unikanie kontaktów z mediami".
 


ZAPROSZENIE DO TAŃCA


rzez resztę tygodnia nauczyciele próbują rozmawiać z uczniami. Anglista mówi, żeby byli ostrożni w wydawaniu sądów. Uczniowie nie kwapią się do dyskusji, on ich nie zachęca.
- Gdybym dał przyzwolenie na pełną dyskusję, najpierw doszłyby do głosu niskie instynkty, komentarze typu: dyro przeleciał uczennicę - opowiada.


Polonistka rozmawia z uczniami o rzetelności prasy. Porównuje, jak sprawę opisał "Fakt", a jak "Gazeta Wyborcza". Ale uczniów interesuje co innego - chcą poprawiać stopnie na koniec roku. Połowa czerwca to okres gorączki, odpytywanie, wystawianie ocen.


Wszyscy uczniowie, z którymi rozmawiam, mówią to samo: Agnieszka zmyśla. Są wściekli, że afera popsuła im opinię. A mieli dobrą - to oni pobili rekord Guinnessa w najdłuższej lekcji, trwała 66 godzin. 10 czerwca (sześć dni po rzekomym gwałcie, cztery przed komunikatem policji) PAP pisała: "Były łzy, euforia, radość, że się udało i że to już koniec".


Opowiada uczennica z zespołu bijącego rekord: - Agnieszka, choć była już absolwentką szkoły, przyszła popatrzeć. Pytała: "Co słychać, panie dyrektorze?".
Inna uczennica: - Agnieszka była zakochana w naszym angliście. Na studniówce chciała go uwieść, ale on ją odrzucił.


Anglista Jerzy Piprowski pamięta studniówkę: - Kilka razy prosiła mnie do tańca. Odmawiałem. Zadawała pytania, które wykraczają poza zwykły kontakt nauczyciela z uczennicą: jak poznaliśmy się z żoną albo o czym marzyłem, gdy miałem 18 lat. Zawsze była poza grupą. Miała wielką wyobraźnię i jeszcze większą chęć przeżycia przygody: żeby coś się działo, żeby było romantycznie. A także dużą potrzebę, żeby zwracano na nią uwagę. I, szczerze mówiąc, ciąg do starszych facetów.


Anglista nie wierzy w gwałt, próbę gwałtu ani nawet w seks za zgodą między dyrektorem i uczennicą: - Wierzę najwyżej w to, że byli pijani. Jedyna próba, do jakiej doszło, to próba zachowania pionu.


Mimo prób nie zdołałem uzyskać odpowiedzi od szefów "Faktu", czy oskarżenie jednej osoby wystarcza, żeby pisać o gwałcie jako wydarzeniu, które na pewno miało miejsce. Mam wrażenie, że doszło do gwałtu zbiorowego na czytelnikach i niewinnych ludziach.


Zobacz pełne doniesienie opublikowane w ''Fakcie'' z 16 czerwca br.: "Zgwałcił mnie dyrektor."


Opublikowano na Brooklyn Sp.B.O., lipiec 2004